|
|
2007-10-05 autor:
Nevada
Rozdział IV
"Dobre czasy" Dzień I Kłótnie ucichły. Cieszę się, znów pokonałam lufy i zbędne kaprale. Nie grozi mi bomba. Znowu wracam do pion i zawijasków. (szóstek) Nawet stara Mandy w tandemie z Kate są trochę jakby milsze. Rodzina nie robi awantur, ojciec... STARA SIĘ RZUCIĆ NAŁÓG PICIA! I udaje mu się! Nawet Helen jest fajna. Lecz najlepsza jest Kim - moje bóstwo! Jest identyczna jak ja, tylko młodsza! Istny dzieciak rozumu. Czekaj, opowiem to Mandy! Dzwonię do jej domu, odbiera Kate. Mówi, że zaraz pójdą do mnie i będą za 20 minut. Cieszę się! Pokażę im Kim! Niestety, mija godzina, nikt się nie pojawia. Dzwonię do ich domu, ku mojemu to powtarza się 2 raz. To głupi kawał pewnie, ech! Dzień II Ale w szkole nie mówią mi. Są jakieś spłoszone, nie trzymają się razem. Kate płacze w Świątyni Dumania, a Mandy wyje przy ,,KUTZCE". Po lekcjach żadna się do mnie nie odzywa, z nikim nie gadają. Ja chyba wytrzymam ten kryzys, ale niespokojnie. Wreszcie wszystko składa się do miśka, a misiek wybucha płaczem, a straszne mazgaje wybiegają. Rety, co za dzieci! Ale muszę się dowiedzieć, co się zdarzyło wczoraj! Dzień III Po szkole opowiadają (z chlipem!) swoją historię, godną współczucia. Miały do mnie iść, lecz pewien chłopak obrzucał je smolistymi śnieżkami, powiedział paskudne słowa i uciekł, niby ,,mondry''!* A tak naprawdę to głupek, znam go, ma na imię Matthieu. Chodzi do tej samej bandy dzikusów, co ja. A więc dziewczyny wróciły do domu nagrały na automatyczną sekretarkę, abym ,,się nie martwiła''. Co za dz.! Janie Panie! * tutaj błąd specjalnie. Dzień IV Lody stopniały a pingwiny wędrują na Saharę. Ojciec przestał pić, Kim często bawi się ze mną, Helen (ostatnia wyżlica), gaworzy do mnie i nawet matka robi się milsza. To pewnie przez to, że urosłam. Fakt, z krasnala wyrastam na żyrafę. Do szkoły tata czasem, gdy ma drugą zmianę podwozi Mandy, Kate i mnie do szkółki. Kate z wiadomych słoni kiepsko czyta. Płakać mi się chce ze szczęścia. Lecz gdy jesteśmy w moim pokoju, dzwoni ONA. ONA to Marrie. Przeprasza gorąco, ale wyganiam ją. Nie chcę jej znać. Po tym chipsie to długo ją będę pamiętać jako egoistkę. Naprawdę, naprawdę. Dzień V Cymbały grają, Antarktyda zamienia się w las tropikalny. Mandy robi zeza, parodiuje Marrie. Trudno było uwierzyć, że kiedyś bardzo się lubiły. Kate przy pracy z ortografii przekartkowuje słownik, istną encyklopedię ortograficzną. Ojciec ponuro gapi się w ekran, zasypia. Mama zmienia śmierdzącą pieluszkę Helen i usiłuje namówić Kim do zaśnięcia. Opera mydlana. Nie można zaprzeczyć. Lecz później Mandy patrzy na mnie, robi wielkie oczy i szepcze Kate coś do ucha. Potem Kate też robi oczy muchy i dają obie drapaka. CIekawe, co się stało? Hm, podejrzane! |